Szwecja przywitała nas delikatnym słońcem, którego tak bardzo brakowało mi w Finlandii i Norwegii. My przywitaliśmy Szwecję swoją sennością i zmęczeniem po ostatniej nocy. Prosto z lotniska pojechaliśmy na wywiad, a potem do hotelu na obiad.
Wszyscy byli jakby nieobecni, krótka podróż samolotem nie pozwoliła nikomu na spokojny sen. Tomo przysypiał czekając na posiłek, Shannon wyraźnie unikał mojego wzroku. Co zupełnie nie przeszkadzało mu w tym, by bekać przy jedzeniu.
- Ty świnio! – oburzyłam się.
- No co? Sama mówiłaś ostatnio, że jesteśmy jak zwykli śmiertelnicy. Tylko potwierdzam Twoje słowa – zrobił głupią minę.
- Potwierdziłeś już wczoraj. Padając jak mucha po upojeniu alkoholowym a wcześniej kradnąc Laurze jej budyń – Tomo się roześmiał – A i jeszcze wyznałeś jej miłość w recepcji – na ostatnie zdanie Shannon zrobił się czerwony.
- Odezwał się ten, co zasnął na schodach – skwitował Jared siadając do stolika.
- Wcale nie zasnąłem, po prostu odpoczywałem! – krzyknął.
- To Twoja wersja zdarzeń, my z Jaredem widzieliśmy to nieco inaczej – uśmiechnęłam się.
- My z Jaredem! – Tomo zaczął mnie parodiować, za co spiorunowałam go wzrokiem.
- Nie przypominam sobie, bym komukolwiek wyznawał miłość! – Shannon się oburzył.
- Dobrze to ująłeś: nie przypominam sobie – Tomo nie dawał za wygraną.
- Dajcie spokój, jemy i spadamy – sytuację próbował opanować Tim – A Laura niech nam coś o sobie opowie, bo wtedy na wieczorku zapoznawczym niewiele udało nam się dowiedzieć.
- Nie ma o czym mówić – wzruszyłam ramionami.
- Jest! Na przykład o tym, że śpiewałaś w chórze. Tak chyba mówiłaś w Pradze, prawda? – zainteresował się Jared.
- Zgadza się. Różne rzeczy robiłam w życiu, zanim znalazłam się w tym Waszym wariatkowie – uśmiechnęłam się.
- Wariatkowie! – Tomo zrobił zeza i wykrzywiając twarz zaczął w szale machać rękami.
- Różne rzeczy, różne rzeczy... – przedrzeźniał mnie Jared – Od Ciebie to niczego się nie można dowiedzieć! Zawsze musisz być taka tajemnicza?
- Przecież i tak dużo już o mnie wiecie. Reszta wyjdzie w praniu. A że nie biegam i nie opowiadam historii ze swojego życia? A kogo to interesuje? Poza tym szanuję swoją prywatność.
- To się dogadasz z moim bratem, on ma obsesję na punkcie szanowania swojej prywatności – powiedział Shannon.
- Jak na obsesję na tym punkcie, to trochę nieudolnie wyszedł mu wybór drogi zawodowej – uśmiechnęłam się.
- Miliony ludzi nie narzekają – odpowiedział w sposób, który chyba miał być złośliwy.
- Już dobrze, już dobrze. Nie denerwuj się Jaredku. Wszyscy Cię kochają – Tomo pogłaskał go po głowie – Zbieramy się chyba, nie? Wywiad z Laurą przeprowadzimy przy innej okazji.
- Tak, zbieracie się – do stolika podeszła Emma, która na czas obiadu gdzieś zniknęła - Zróbcie coś ze sobą, bo wyglądacie jakbyście mieli spotkanie trzeciego stopnia z walcem drogowym. Za dwie godziny godziny jedziemy.
Wszyscy rozeszli się do swoich pokoi. Zamówiłam jeszcze kawę i dosyć leniwie przemierzałam korytarz hotelu z kubkiem w dłoni. Zmęczenie faktycznie dawało o sobie znać. Kilka godzin snu to mało, nawet jak na mnie. Wzięłam prysznic, który w założeniu miał mnie przywrócić do życia. Chyba nawet mu się udało. Stanęłam przed lustrem i popijając kawę doprowadzałam się do stanu używalności. Całkiem nieźle – pomyślałam kończąc makijaż i rozpuszczając włosy, które tuż po wyschnięciu skręciłam i upięłam wysoko, tak by lekko się pokręciły. Korzystając z ładnej pogody, założyłam zwiewną kolorową sukienkę przed kolano, zamszowe beżowe botki i również beżowy długi sweter, mając na uwadze, że gdy koncert się skończy ciepło już nie będzie. Podpięłam włosy z boku spinką, złapałam aparat i torebkę, i ruszyłam w poszukiwaniu Jareda.
- Shannon! – krzyknęłam widząc perkusistę wychodzącego z pokoju – Gdzie znajdę Jareda?
- Tutaj – odwrócił się do mnie i wskazał na drzwi, które właśnie przymykał. Podbiegłam łapiąc za klamkę, a on dodał – W łazience jest.
- Jared kazał mi do siebie przyjść przed koncertem. Nie wiesz o co chodzi? – zapytałam.
- No wiesz... Do głowy przychodzi mi tylko jedno – powiedział.
- Bardzo śmieszne! Czy wszyscy Leto są tacy zboczeni?
- Tylko Ci dwaj, których znam. Tak poważnie to pojęcia nie mam o co mu może chodzić – wzruszył ramionami, po czym dodał – Laura? Masz może więcej... tego czegoś... czekoladowego? – wyszczerzył zęby.
- Chciałbyś! – uderzyłam go delikatnie pięścią w ramię.
- Ała! – krzyknął kuląc się.
– Zeżarłeś mój ostatni budyń i jeszcze domagasz się o więcej? Wisisz mi tamten złodzieju!
- Zobaczymy co da się zrobić! – roześmiał się uciekając korytarzem.
Weszłam do pokoju. W kwestii wystroju wyglądał identycznie jak mój. Różniły go jedyne znajdujące się tam rzeczy, należące do wokalisty. Pod ścianą stało łóżko, na którym leżały porozrzucane ubrania. Obok duża szafa, z którą Jared chyba nie zdążył się zapoznać. Naprzeciwko komoda z wyłączonym telewizorem, telefonem i innymi rzeczami.
- Hej szefie, jestem – powiedziałam rozglądając się po pomieszczeniu. Mało prawdopodobne było by mnie usłyszał. Pod oknem na stoliku stał laptop, z którego wydobywała się dosyć głośna muzyka. Wtórowało jej wycie Jareda, które dobiegało z łazienki. Zajrzałam do środka przez niewielką szparę w drzwiach. Stał przed lustrem w samych spodniach i poruszając się w rytm muzyki próbował jednocześnie śpiewać i myć zęby. Wycofałam się i opadłam na łóżko podpierając się łokciami.
- Koniec rozśpiewki, wyłaź! – krzyknęłam tak głośno jak tylko było to możliwe. Wyskoczył zdezorientowany z łazienki ze szczoteczką z dłoni.
- Masz coś na twarzy – roześmiałam ujrzawszy resztki pasty do zębów na jego ustach. Wrócił na chwilę do łazienki. Słyszałam jak odkręca wodę i płucze usta. Po czym znowu pojawił się naprzeciwko mnie, wytarł twarz ręcznikiem i rzucił go na krzesło.
- Co Ty tu robisz? – zapytał przyciszając muzykę i opierając się o komodę.
- Sam kazałeś mi przyjść, sklerotyku. Wczoraj! – odpowiedziałam zakładając nogę na nogę.
- A, tak. Jak tu weszłaś?
- Wyważyłam drzwi gaśnicą – przewróciłam oczami – Minęłam się z Shannonem i mnie wpuścił! Wołałam Cię, ale nie słyszałeś.
- I tak sobie po prostu weszłaś i rozłożyłaś się na moim łóżku?
- Jak widać – uśmiechnęłam się poprawiając sukienkę.
- A gdybym był nagi?
- A co to ja nagich mężczyzn nie widziałam? Nie sądzę by się znacznie różnili od Ciebie. Chyba, że coś ukrywasz – spojrzałam na niego chichotając – Poza tym właściwie to i tak jesteś półnagi. Czy Ty zawsze tak chodzisz? – skinęłam głową na miejsce, w którym teoretycznie powinna znajdować się koszulka.
- Nie mów, że Ci to przeszkadza! – wyprostował się i uśmiechnął się łobuzersko.
- Ostatecznie może być - odpowiedziałam zdejmując z szyi aparat i rzucając go obok siebie.
- Wiedziałem, że Ci się podoba! Mnie również – wyszczerzył zęby.
- Nie wątpię – westchnęłam widząc jak ogląda się z uwielbieniem z każdej strony - Narcyz – pokręciłam głową.
- Lepiej wyglądałbym tylko na Tobie – zrobił krok w moją stronę.
- Chciałbyś – odepchnęłam go lekko nogą.
- Nie zaprzeczę. Chcesz się przekonać? – uniósł lekko jedną brew.
- Nie odważysz się – odpowiedziałam zdecydowanie, choć w środku nie do końca byłam pewna swoich słów. Wydawało mi się, że żartuje i próbuje ze mną grać, ale przecież nie znałam go na tyle dobrze by móc przewidzieć wszystkie jego zachowania i emocje.
- Jesteś tego pewna? – podszedł jeszcze bliżej, spojrzał na moje nogi, które były na siebie założone. Stanął szeroko w taki sposób, że moje znajdowały się pomiędzy jego. Oparł się wyprostowanymi rękami na łóżku, kładąc je na wysokości mojego mostka. Znajdował się centralnie nade mną. Pozostając w takiej pozycji przez chwilę się uśmiechał, a ja przyglądając się mu starałam się zachować spokój i odpowiedzieć sobie na pytanie o co mu chodzi i jaki będzie kolejny jego ruch.
- I co teraz? – zapytałam zastanawiając się jednocześnie jak się zachować. Gdy uśmiech zaczął znikać z jego twarzy, a zamiast tego Jared zaczął studiować moją twarz błądząc wzrokiem od moich włosów, przez oczy aż po usta, zaczęłam mieć spore wątpliwości czy to na pewno tylko gra.
- Wiesz... – zbliżył swoją twarz jeszcze bardziej.
- Ej, stary jest u Ciebie Laura? – nagle drzwi uderzyły o ścianę, na co Jared szybko odskoczył, siadając obok mnie. Do pokoju wpadł Shannon – Co tak siedzicie? – zapytał stając naprzeciwko nas.
- Siedzimy sobie, nie widać? – Jared jak gdyby nigdy nic machał nogą – Siedzimy i rozmawiamy.
- A Ty nie mógłbyś rozmawiać ubrany? – chwycił z komody koszulkę i rzucił w jego stronę.
- Nie, bo Laura lubi, kiedy wyglądam właśnie tak – spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Weź! – pchnęłam go, aż opadł na łóżko. Wstałam do Shannona, który trzymał w dłoni papierową torbę.
- Przecież sama mówiłaś, że Ci się podoba! – krzyknął Jared poprawiając się na łóżku, na co ja tylko postukałam się palcem w czoło dając mu do zrozumienia co o tym myślę.
- Kupiłem Ci shake’a bananowego. Budyniu nie mieli. Może być? – wyjął z torby jednorazowy kubek z przykrywką i mi go wręczył, na co ja zaczęłam skakać z radości i mu dziękować – Jesteśmy kwita?
- Tak, tak! Uwielbiam shake’i. A bananowe to już w ogóle! – pokiwałam głową i wepchnęłam w kubek słomkę.
- Laura, ile Ty masz lat? Jak nie budynie to shake’i... – westchnął Jared śmiejąc się i wstając z łóżka. Podszedł do walizki i wyciągnąwszy w niej koszulkę założył na siebie.
- Pff! I kto to mówi... – wybełkotałam pociągając przez słomkę napój.
- Dobra, to ja lecę. A jutro idziemy na zakupy w poszukiwaniu tego, czym mnie uraczyłaś wczoraj – rzucił Shannon kierując się w stronę drzwi.
- Po pierwsze nie uraczyłam, tylko sam sobie wziąłeś. A po drugie nie sądzę byśmy to znaleźli. Przywiozłam to z Polski – odpowiedziałam opierając się łokciem o komodę.
- To poszukamy czegoś podobnego – odpowiedział i wyszedł.
- Widzę, że w końcu znaleźliście z moim bratem wspólny język – powiedział Jared znikając w drzwiach łazienki.
- Gdyby wbiegł tu nieco szybciej i zobaczył to, czego nie zdążył zobaczyć dzięki Twojemu refleksowi, nie znalazłabym z nim wspólnego języka pewnie już do końca trasy – stanęłam w progu łazienki – Więc się ciesz i nie odstawiaj takich numerów.
Jared uśmiechnął się tylko, co widziałam w odbiciu lustra. Stał naprzeciwko układając włosy.
- To czego ode mnie chciałeś? – zapytałam obejmując wzrokiem kosmetyki stojące na półce. Miał ich chyba więcej ode mnie.
- Tam na łóżku? – odwrócił głowę i się roześmiał – Widzę, że potrzebujesz edukacji nie tylko w kwestii odżywiania, ale także relacji damsko-męskich.
- Nie potrzebuję żadnej edukacji, zboczeńcu. Pytam czemu kazałeś mi do siebie przyjść przed koncertem! – odpowiedziałam.
- A, właśnie! Mam dla Ciebie prezent. I misję do wykonania! – oprzytomniał i wybiegał z łazienki. Spojrzałam za nim zdezorientowana. Otworzył walizkę i przerzucał jej zawartość – Gdzieś tu to było – mówił do siebie – Jest! – podniósł do góry niewielką foliową paczuszkę. Zrobiłam pytające oczy. Szeleszcząc zaczął wyjmować jej zawartość.
- Kupiłeś mi... dres? – roześmiałam się widząc jak rozkłada przede mną czarne spodnie.
- Do kolekcji! Przecież lubisz. Poza tym to nie jest zwykły dres – odwrócił i z tyłu moim oczom ukazał się napis MARS, w strategicznym miejscu – Do tego jeszcze koszulka – wyjął kolejną rzecz i mi zaprezentował. Była również czarna, miała czerwony nadruk i napis identyczny jak na spodniach.
- E... Dziękuję – uśmiechnęłam się zaskoczona – Aż boję się zapytać jaka misja się z tym wiąże – wzięłam od niego prezenty.
- To jeszcze nie koniec! – powiedział i znowu zaczął przeszukiwać walizkę – Mówiłaś, że nie ogarniasz Echelonu i chciałaś bym Ci o nim opowiedział, więc wymyśliłem, że pozwolę Ci go poznać. Odpowiednie ubranie to dobry początek. Jest coś jeszcze – wysunął w moją stronę zaciśniętą pięść, w której coś się znajdowało – Tadam! – otworzył dłoń, na której leżała srebrna zawieszka w kształcie trójkąta – Jako, że możesz nie wiedzieć co to jest, to mówię: to jest triada i od dzisiaj należy do Ciebie. Dobrze się nią opiekuj.
- Wiem co to jest! Karolina taką nosi – odpowiedziałam udając oburzenie – W takim razie będę musiała kupić łańcuszek.
- Przecież łańcuszek już masz. Zauważyłem, że zawsze go nosisz – wskazał na moją szyję, na której faktycznie znajdował się długi srebrny łańcuszek. Zawieszka schowana była pod sukienką. Jared chciał go złapać i wyciągnąć.
- Zostaw – szybkim ruchem odtrąciłam jego dłoń uniemożliwiając mu zobaczenie zawieszki – Kupię drugi łańcuszek.
- Co tam nosisz? - spojrzał na mnie zdziwiony.
- Pamiątkę – odpowiedziałam wymijająco.
- Ty i te Twoje konkretne odpowiedzi – westchnął – Mniejsza o to. W takim razie dostajesz cały pakiet – uśmiechnął się i wyciągnął jeszcze łańcuszek, na którym zawiesił triadę – Proszę bardzo – zapiął na mojej szyi.
- Bardzo dziękuję – odpowiedziałam nieśmiało.
- Teraz już naprawdę jesteś nasza. Witamy w rodzinie – uśmiechnął się patrząc mi w oczy – Chodź – powiedział kierując się w stronę łazienki – Wytłumaczę Ci, co chce abyś dla mnie zrobiła.
Położyłam podarowane ubrania na łóżku i ruszyłam za nim. Usiadłam na zamkniętej toalecie opierając głowę o znajdującą się obok kabinę prysznicową. Obserwując jak układa włosy czekałam na wyjaśnienia.
- Troszkę rozszerzymy Twoją działalność podczas trasy – zaczął tajemniczo – Chciałbym, aby w książce, która powstanie znalazły się wypowiedzi osób przychodzących na koncerty.
- I ja mam je przeprowadzić? – zapytałam bawiąc się włosami i próbując sobie jednocześnie przypomnieć czy zabrałam z Polski dyktafon.
- Dokładnie! Ty poznasz lepiej Echelon, a przy okazji zrobisz coś, co nam się przyda. Bardzo mi na tym zależy – powiedział odwracając się do mnie przodem.
- Na tym, żebym poznała Echelon czy na tym, żebym przeprowadziła te rozmowy? – zmierzyłam wzrokiem jego włosy, które wciąż zdecydowanie nie były gotowe do ukazania się światu.
- Na jednym i drugim.
- A nie sądzisz, że to może być nieco trudne? Robienie Wam zdjęć i jednoczesne rozmawianie z ludźmi? – zastanowiłam się.
- Jak wszystko dobrze zaplanujesz, to się uda. Może ograniczymy się do zdjęć z wywiadów i naszych wyjść, przygotowań do koncertów, a rozmowami zajmiesz się na spotkaniach z Echelonem. Pomogę Ci w tym. Jak wiesz, impossible is nothing! – rozłożył tryumfalnie ręce – Po dyktafon zgłoś się do Emmy.
Pokiwałam głową i uśmiechnęłam się przywołując w pamięci ciepłą noc i nasz spacer w Pradze, gdy wyryłam te słowa na murku. Uczepił się ich i teraz będzie je wykorzystywał na każdym kroku, cwaniak.
- Gotowy? – do łazienki zajrzał Tomo, którego wejścia do pokoju nie usłyszało chyba żadne z nas. Gdy mnie ujrzał poprawił się – To znaczy, gotowi? Co tam Steve? – klepnął mnie w ramię – Co to w ogóle za schadzki? Czyżbym o czymś nie wiedział? – uśmiechnął się szeroko.
- Tak, o tym, że jeszcze nie wytrzeźwiałeś – zlustrowałam go wzrokiem – Wasz wokalista od pół godziny doprowadza swoją czuprynę do porządku. A ja sobie siedzę, jak widać.
- I chyba jeszcze jej do porządku nie doprowadził – Tomo spojrzał na głowę Jareda – A za 15 minut mamy być na dole.
- Dobra, ja się tym zajmę, bo widzę, że brakuje tu kobiecej ręki – wstałam i podeszłam do Jareda.
- Brakuje, oj brakuje... – westchnął gitarzysta – Nie tylko ręki.
- Chodź tu – złapałam Jareda za ramiona i postawiłam przed sobą. Wzięłam w dłoń coś, co miało pomóc w ułożeniu fryzury i już chciałam zabrać się do pracy.
- Nieeeee! – krzyknął Tomo przedłużając głoskę e i kierując w zwolnionym tempie w moją stronę swoją rękę.
- Dobrze się czujesz? – spojrzałam na niego zdziwiona.
- Moja droga, widać, że nie zapoznałaś się z instrukcją obsługi Jareda Leto – podszedł do mnie – Po pierwsze nie komentujesz jego jedzenia i jego wagi. Po drugie nie krytykujesz jego ubrań, występów i głosu. A po trzecie nie dotykasz jego włosów – wymienił szybko.
- Acha, spisz to gdzieś, potem się z tym zapoznam – rzuciłam obojętnie i zabrałam się za układanie fryzury.
- O Boże, nie! Zrobiłaś to! – krzyknął Tomo.
- Tak i zrobię to za chwilę raz jeszcze – roześmiałam się przeczesując palcami kolejny kosmyk czarnych włosów Jareda.
- Lauro miło było Cię poznać. Tak mówię na wypadek, gdybyś zaraz miała stracić życie – Milicevic pogłaskał mnie po ramieniu i wybiegając dodał – Widzimy się na dole, żywi lub martwi.
Spojrzałam na Jareda, który milczał. Miałam wrażenie, że cały się w środku gotuje i walczy ze sobą.
- Mogę? – zapytałam a on tylko westchnął.
- Niech będzie – usiadł na toalecie – Obawa przed tym, że zaraz znowu będziesz kazała mi głęboko oddychać i mówić o tym, co czuje, każe mi się zgodzić na wszystko – uśmiechnął się niepewnie.
- Na wszystko może nie, to tylko włosy! – stanęłam naprzeciwko.
- Tylko? – oburzył się – Proszę, nie zrób im krzywdy.
- Spokojnie, to nie pierwszy mój raz... – powiedziałam cicho próbując się skupić.
- Ze mną to Twój pierwszy raz – roześmiał się, a widząc mój wzrok dodał – W kwestii układania włosów oczywiście, przecież niczego innego nie miałem na myśli!
Czas się chyba przyzwyczaić do tych jego komentarzy i aluzji. Widać wszyscy w zespole mają to we krwi. Jared siedział na toalecie, a ja stojąc przed nim kończyłam swoje dzieło. Z pokoju obok dobiegały dźwięki piosenki Anything w wykonaniu Buckcherry. Pobiegłam i delikatnie ja pogłośniłam.
- I'll give you candy, give you diamonds, give you pills. Give you anything you want, hundred-dollar bills. I'll even let you watch the shows you wanna see. Just marry me marry me marry me! – Jared zaczął śpiewać bujając się na wszystkie strony i robiąc głupie miny, które chyba miały wyrażać wczuwanie się w tekst.
- Nie wierć się, bo nie wyjdzie! – krzyknęłam, po czym śmiejąc się zaczęłam śpiewać kolejny kawałek zwrotki - I'm so sick of you tonight. You never stay awake when I get home. Is something wrong with me? Is something wrong with you? I really wish I knew wish I knew wish I knew!
- No całkiem ładnie! – pokiwał głową, po czym znowu wspólnie zaczęliśmy wyć - I'll give you anything, anything, anything. I'll give you anything, anything, anything. I'll give you anything, anything, anything!
- Gotowe! – powiedziałam mierząc wzrokiem jego włosy, które wyglądały naprawdę dobrze. Wstał i obejrzał się w lustrze.
- Nawet nawet... – powiedział poprawiając kilka kosmyków – Żartuję, dobra robota. Chyba mianuję Cię moim fryzjerem!
- Tak i kim jeszcze? Mam już robić zdjęcia, rozmawiać z Echelonem, a teraz dodatkowo układać Twoje włosy. A to dopiero pierwszy tydzień wspólnej trasy – roześmiałam się.
- Coś jeszcze wymyślę – puścił mi oko.
- Mogę pomóc Ci się ubrać! – zaproponowałam stając w progu łazienki, gdy ten wciąż gapił się na swoje oblicze.
- A rozebrać też mi się pomożesz? – odwrócił się i ukazując moim oczom rozbrajający uśmiech stanął w drzwiach naprzeciwko mnie – To jak, od czego zaczniemy? – oparł jedną rękę tuż nade mną.
- Daj spokój – prześlizgnęłam się i zabierając z łóżka ubrania skierowałam się w stronę drzwi – Dzięki za to – uniosłam do góry prezent od niego.
- Laura! – złapał mnie za rękę – O co chodzi?
- To raczej ja powinnam się zapytać o co chodzi! – wydostałam się z uścisku.
- Czemu tak się zachowujesz?
- Ubieraj się. Wszyscy pewnie już czekają na dole – zignorowałam jego pytanie i wyszłam z pokoju. Oparłam się o ścianę i wzięłam głęboki wdech. Próbowałam uspokoić swoje serce, które ku mojemu niezadowoleniu kolejny już raz podczas spotkania z Jaredem zabiło szybciej niż zwykle.
Ogarnij się idiotko – powiedziałam do siebie i ruszyłam w stronę windy.
***
W końcu się udało! Wybaczcie, cierpiałam w ostatnim tygodniu na niespotykaną nieumiejętność zwerbalizowania swoich myśli ;D Rozdział miał być dłuższy, ale te dialogi zajęły tyle miejsca, że ucięłam dalszą część. Generalnie wybaczcie, że tyle paplaniny bohaterów. W kolejnym rozdziale będzie więcej opisów, tak myślę ;)
Dziękuje wszystkim za cierpliwość i (nie)cierpliwość ;) Jeśli chodzi o Wasze opowiadania, obiecuję - nadrobię wszystkie zaległości tak szybko, jak tylko będzie to możliwe.
Pozdrawiam i życzę w miarę bezbolesnego powrotu do pomajówkowej rzeczywistości ;) A jeśli są wśród czytelników maturzyści, to kopniak na szczęście i powodzenia!