ten million miles, her way was close, to her inside, can't you see her life is broken
turn back, believe, nothing is over

6 listopada 2011

Rozdział trzydziesty drugi

W związku z tą zabójczą przerwą, przypomnę tylko, że obecnie nasi bohaterowie znajdują się w Kopenhadze. Dzień wcześniej odbył się festiwal a tuż po nim dosyć burzliwy w swoim przebiegu bankiet, na którym ponownie pojawił się Marcel. Po opuszczeniu przyjęcia i kłótni z Jaredem w hotelu, bohaterka wczesnym rankiem zabiera go na spacer do Valby Parku, gdzie ma miejsce ich długa rozmowa.

Szliśmy jeszcze kilkanaście minut, aż znaleźliśmy się przy przejściu, za którym znajdował się hotel. Zatrzymałam się.
- Chodź, nic przecież nie jedzie – Leto delikatnie dotknął dłonią moich pleców próbując pokierować mnie na drugą stronę ulicy.
- Z tym kataklizmem to chyba trafiłeś – powiedziałam zobaczywszy siedzącego na ławce pod hotelem Marcela.
- Hę? – zmarszczył nos, nie rozumiejąc prawdopodobnie, o co mi chodzi i czemu stoję w bezruchu.
– Jared... – niemalże wyszeptałam odruchowo ściskając mocno rękę wokalisty. Zamarłam i przez chwilę miałam wrażenie, że razem ze mną zamarła cała Kopenhaga.
- Laura, widzę, że kłótnie z Tobą to krok w tył, ale godzenie się do dwa kroki do przodu – usłyszałam po chwili.
- Co? – zapytałam wyrwana z zapatrzenia – O czym Ty mówisz?
- O tym – Jared uniósł rękę i moim oczom ukazał się widok naszych dłoni. Ściślej mojej dłoni nerwowo naciśniętej na jego – Wprawdzie mam wrażenie, że za chwilę Twoje paznokcie wydrążą w mojej skórze dziurę, ale nie będę narzekał – szeroko się uśmiechnął.
- Nie wygłupiaj się – puściłam dłoń i zaplotłam ręce na klatce.
- Wszystko, co dobre szybko się kończy… - udawał smutnego.
- Jared, do cholery! Skup się! – krzyknęłam łapiąc go za ramiona i stając naprzeciwko niego, a jednocześnie odwracając się tyłem do hotelu. Leto zmieszany zmierzył wzrokiem mój ruch i zrobił pytającą minę.
- Co tym razem?
- Co tym razem, co tym razem... Ten idiota tym razem! - zaczęłam roztrzęsiona – Ławka pod hotelem – dodałam szeptem, jakby w obawie, że ktoś mógłby mnie usłyszeć.
- Kto? – Jared w przeciwieństwie do mnie niemalże krzyknął ze zdziwieniem wychylając się i skierował swój wzrok we wskazane przeze mnie miejsce.
- Ciszej, stój tu! – sprowadziłam go znowu przed siebie – Mistrzem dyskrecji i kamuflażu to Ty nie jesteś – skrzywiłam się – Trzeba było jeszcze zacząć machać rękami.
- Daj spokój. Idiota pod hotelem i co z tego? – zapytał zupełnie spokojnie.
- Jak to co z tego? Jared... – zajęknęłam – Znowu będzie czegoś ode mnie chciał. Nie ma tu jakiegoś innego wejścia? – Leto patrzył na mnie z niezrozumieniem – Może damy radę tyłami, po balkonach albo przeczekamy aż sobie pójdzie? – zagryzłam wargę próbując znaleźć rozwiązanie sytuacji.
- Laura – na jego twarzy zarysował się uśmiech – Ogarnij się dziecino. Po pierwsze nie wiadomo nawet czy Cię zauważy, po drugie nie będziemy się nigdzie wspinać albo zabawiać w chowanego jak dzieci. Czy Ty aby trochę nie przesadzasz?
- A czy Ty aby nie chcesz dostać? Po pierwsze nie nazywaj mnie dzieciną, po drugie tak, na pewno mnie nie zauważy skoro do wejścia prowadzi jedyna drogą, na której on właśnie się znajduje, a po trzecie wielkie dzięki! Ja tu się przed Tobą otwieram jak kretynka, tłumaczę się, opowiadam rzeczy, których nie chcę opowiadać i co słyszę? Że przesadzam! Boże trzymaj mnie! – uniosłam oczy ku górze – Na koniec jeszcze dodaj, że jestem niedojrzałą histeryczką i że właściwie to nie wiesz o co mi chodzi, bo przecież Marcel nic mi nie zrobił, więc po co te nerwy.
- Ty to powiedziałaś. Przestań. Nakręcasz się. Nie lekceważę Twoich uczuć, nie uważam, że przesadzasz jeśli chodzi o Twoją niechęć do niego i rozumiem Twój żal czy Twoją złość. Nie bronię go w żaden sposób. Próbuję tylko powiedzieć, że to Twoje unikanie go za wszelką cenę, te lata milczenia, gdy chciał z Tobą porozmawiać, a teraz zachowywanie się jak spłoszona mysz, która czym prędzej musi uciec, to jest przesada – patrzyłam jak mówił, zupełnie spokojny, gdy we mnie się gotowało, chyba właśnie dlatego, że w jego słowach odnajdywałam sens – Laura, jesteś dorosłą osobą, która idzie swoją drogą, wie czego chce, jest silna i która teoretycznie ma poukładany świat.
- Teoretycznie?
- Oczywiście, bo w praktyce co jakiś czas... wariujesz. Na przykład teraz, gdy go spotykasz i nagle cały Twój porządek się rozpada, a pewna siebie Laura znika, chowając się w skórze zagubionego dziecka.
- Nic się nie rozpada, nic nie znika, nikt się nie chowa! Ja po prostu nie mam ochoty na rozmowy z nim! Czy to tak trudno zrozumieć? – spojrzałam na niego znacząco i znowu na jego twarzy ujrzałam sceptycyzm.
- Gadasz od rzeczy! Żadnego w tym sensu nie ma. Idziemy! – Jared złapał mnie za rękę i wciągnął na ulicę.
- Zwariowałeś? – syknęłam i prawie zaczęłam się z nim szarpać.
- Krzycz głośniej, na pewno wtedy nie będziesz zwracała na siebie uwagi – roześmiał się, a ja miałam ochotę kopnąć go tak mocno by przeleciał przez cały parkan przed hotelem i wylądował najlepiej na Marcelu. Wtedy miałabym ich obu z głowy.
- Jared nie, proszę, proszę, zaczekaj, zatrzymaj się! – desperacko zaczęłam go prosić.
- Co znowu? – stanął, gdy znaleźliśmy się na chodniku i tylko kilkadziesiąt metrów dzieliło nas od punktu zero, spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem – Posłuchaj teraz pójdziemy tą drogą – wskazał palcem – Podejdziesz do niego i jak cywilizowany człowiek przywitasz się, po czym powiesz, że masz 5 minut i zapytasz o czym chciał z Tobą rozmawiać. Powie co ma do powiedzenia, wysłuchasz i tyle. Będziesz miała to z głowy, może nawet zrobi Ci się lżej. A ja sobie w tym czasie pójdę do hotelu i odpocznę. Proste?
- Nie – zrobiłam smutną minę.
- Mam Cię za rękę tam zaprowadzić, stać obok i gładzić po włosach, by Ci było raźniej? A jak trzeba będzie to mu skopać tyłek? – uśmiechnął się.
- Jesteś okropny! Po prostu okropny! – założyłam ręce na klatce i spuściłam głowę – Za nic mnie nie będziesz trzymał i nic mi nie będziesz gładził. I już nie bądź taki chojrak, zanim byś się zamachnął, już byś leżał, chudzielcu.
- Nie chcesz pomocy to nie. Ja idę, bo padam a Ty radź sobie sama – podniosłam oczy i zdążyłam tylko zobaczyć jak machnął ręką i odwróciwszy się zaczął się oddalać. Nie wiedziałam czy sobie ze mnie żartuje czy naprawdę miarka się przebrała i stracił cierpliwość.
- Jared, do cholery, poczekaj – zawołałam próbując zrobić to dyskretnie. Zatrzymał się. Zrobiłam kilka kroków w jego stronę – Przepraszam – sama ledwo usłyszałam swoje słowa. Podeszłam bliżej i ze skruszoną miną uciekając wzrokiem, gdzie popadnie próbowałam złożyć sensowne zdanie – A może byś tak... No nie wiem, kawałek mnie odprowadził? Może poczekał w pobliżu? Wiesz, byłoby mi raźniej jednak. Nie mówię, żebyś tam ze mną stał, bez przesady, poradzę sobie, ale mógłbyś być gdzieś obok? Tak na wszelki wypadek, jakby mi coś do głowy strzeliło – wysiliłam się na głupi uśmiech i spojrzałam na niego.
- W Twoim przypadku jest to wysoce prawdopodobne – westchnął, a ja zagryzałam zęby by już nic nie komentować i nie pogarszać sytuacji – Laura, Ty to jesteś pokręt nie z tej ziemi. Chodź – ku mojej uldze odwzajemnił uśmiech i obejmując mnie ramieniem skierował prosto w stronę hotelu.
Czułam napięcie na każdym centymetrze swojego ciała. Taka byłaś mądra, gdy kilka dni wcześniej uspokajałaś wściekłego Leto. Może sama sobie teraz policz do dziesięciu. A najlepiej do stu. Wzięłam kilka głębokich wdechów, gdy zbliżyliśmy się na tyle, by Marcel nas zauważył. Wyraźnie się ożywił, gdy nasze oczy się spotkały, choć wyglądał na zmieszanego. Szłam obok Jareda, niemalże przez niego kierowana. Czułam się jak dziecko zaprowadzane przez rodzica do przedszkola.
- Ja się tu pokręcę, jestem umówiony z tym... z dziennikarzem... na wywiad – wymamrotał Jared, gdy znaleźliśmy się naprzeciwko Marcela. Spojrzałam na Leto próbując ukryć delikatny uśmiech, w którym niewątpliwie zawarta była pewnego rodzaju wdzięczność za to co dla mnie robi. Marcel nadal przypominał bardziej zastygły w zdziwieniu posąg aniżeli samego siebie, na co Leto tylko dodał – Fakt, dosyć zaskakująca pora jak na wywiad, co zrobić, spać nie dają, żyć nie dają – rozłożył bezradnie ręce i odwracając się na pięcie odszedł. Zdążyła mi jeszcze przemknąć przez myśl refleksja, że w tym swoim wdzianku, po nieprzespanej nocy nadaje się na wywiad jak ulał. Nie czepiaj się, lepsza taka wymówka niż żadna.
- Chciałeś ze mną rozmawiać – powiedziałam siadając na ławce i oplatając rękami podkurczone nogi.
- Tak... Oczywiście, tylko... W ogóle się nie spodziewałem. Po wczorajszym... i po tylu latach. W ogóle zaraz wyjeżdżamy – zaczął się plątać dreptając przede mną i nerwowo przeczesując włosy – Już straciłem nadzieję.
- Wiesz, ja nie nalegam... – powiedziałam mając nadzieje, że za chwilę będę miała szansę zwiać. Ku mojemu zaskoczeniu zdenerwowanie jakby mijało z każdą sekundą, ale gdzieś w sobie miałam takie poczucie, że nie mam wcale ochoty z nim rozmawiać. Właściwie nie oczekiwałam żadnych wyjaśnień.
- Nie, nie. Porozmawiajmy. Wprawdzie minęło tyle czasu, ale wciąż mam w sobie taki żal... że nigdy nie miałem szansy się wytłumaczyć ani Cię przeprosić – usiadł obok mnie, na co odruchowo się odsunęłam.
- Przeprosiny przyjęte, a wyjaśniać nic nie musisz. Masz rację, minęło tyle czasu, żadne z nas chyba nie ma ochoty wracać do tego co już dawno się przeterminowało.
- Tak, no tak... ale... sam nie wiem... Laura, co się z Tobą działo? Co się stało, że tak zniknęłaś, że nie dałaś mi szansy wtedy na jakąkolwiek rozmowę? Wciąż nie potrafię tego zrozumieć! – znowu zaczął się jąkać, co zaczynało mnie irytować – Ja wiem, że stało się tyle złego, ale przecież, to nie do końca dotyczyło Ciebie. To znaczy w pewnym sensie na pewno, ale... byłaś kimś ważnym, mimo wszystko.
- Błagam Cię. Marcel, posłuchaj, nie chce mi się wracać do przeszłości, która już dawno jest za mną. Co się ze mną działo, to moja sprawa, choć pewnie dobrze wiesz, więc nie udawaj głupka. I nie wiem czego nie rozumiesz. Wkroczyłeś w moje życie, kiedy naprawdę byłam na zakręcie, doskonale wiedziałeś, że Cię potrzebuję. Zaufałam Ci, jako człowiekowi, nie jako mężczyźnie, dobrze o tym wiesz. A Ty? Wykorzystałeś moją słabość i w tej mojej słabości kazałeś mi się mierzyć z tym całym syfem, który sam stworzyłeś.
- Posłuchaj... – przerwał mi.
- Nie, Ty posłuchaj. Nie wiem czy istnieje cokolwiek, co jest dla Ciebie wartością, co jest dla Ciebie ważne, o co dbasz i czym się kierujesz, ale dla mnie najważniejsze było wtedy zaufanie. Wyjątkowo już nadszarpnięte. I Ty je na dokładkę też zawiodłeś. To proste. A że do tego zrobiłeś ze mnie idiotkę stawiając mnie na równie z tymi wszystkimi pannami, które się za Tobą uganiały i które wykorzystałeś, to chyba nie jest trudne do zrozumienia, dlaczego nie miałam ochoty obcować z Tobą ani chwili dłużej? – spojrzałam na niego znacząco, pierwszy raz podczas tej rozmowy tak zdecydowanie i śmiało. Wydawał się bezradny, co wcale mnie nie dziwiło, nie miał nic na swoją obronę.
- Masz rację, ale to wszystko nie było takie oczywiste jak Ci się wydaje...
- Oczywiste, nieoczywiste. Dla mnie liczą się fakty. I te przemawiały przeciwko Tobie. Nie interesowało mnie i nie interesuje mnie co działo się w Twojej chorej głowie, że postępowałeś tak a nie inaczej – wzruszyłam ramionami i wypuszczając powietrze poczułam jakby ulgę.
- Marcel! Wszędzie Cię szukam! – usłyszałam za sobą damski głos, na który on zareagował szybkim poderwaniem się z ławki – Zabrałeś wszystko z hotelu? Zaraz jedziemy – obejrzałam się i moim oczom ukazała się postać wysokiej brunetki, dosyć atrakcyjnej. Kolejna naiwna, nic się nie zmieniło – pomyślałam uśmiechając się złośliwie pod nosem.
- Tak, wszystko już spakowałem do samochodu. A potem spotkałem... – spojrzał na mnie i chwilę się zawahał – Spotkałem znajomą z Polski i tak sobie rozmawiamy – kultura nakazywała mi wstać i się przywitać, ale wyręczył mnie w tym Marcel – To właśnie Laura, pracowała kiedyś z nami, dawno właściwie, robiła zdjęcia...
- Właściwie nadal robi – poprawiłam go.
- A tak, faktycznie, robi nadal... Laura, a to Olga, moja żona – wskazał dłonią. Poczułam jakby spadła na mnie betonowa ściana. Trzymaj się Laura! Czegokolwiek, ale się trzymaj!
-
Miło mi – podała mi rękę, która po wewnętrznej walce uścisnęłam – Czyli dziennikarka? – uśmiechnęła się ukazując moim oczom dosyć duże, ale nie szpecące ją zęby.
- Po części prawniczka, po części dziennikarka – powiedziałam starając się z całej siły, by brzmiało to naturalnie.
- O, ciekawe... W sumie może nawet gdzieś Cię widziałam, wyglądasz znajomo – przekrzywiła głowę – Tak czy inaczej, przepraszam, muszę jeszcze załatwić coś w hotelu, także Wam nie potowarzyszę. To Ty już się stąd nie ruszaj, ja ogarnę ekipę i zaraz będę z powrotem – zwróciła się do Marcela a następnie do mnie – Do widzenia.
- Żona? – spojrzałam na Marcela wytrzeszczając oczy. Był ostatnią osobą, którą podejrzewałabym o małżeństwo. A jeśli już, to takie, które skończy swój żywot szybciej niż zaczęło.
- Zgadza się – odpowiedział niepewnie – Widzisz wiele się zmieniło – usiadł z powrotem na ławce i chwilę milczał stukając palcami w kolano – Mówią, że ludzie się nie zmieniają. I istnieją pewnie tacy, którzy zawsze pozostaną tacy sami... Pamiętasz jak wspominałem Ci o mojej rodzinie? – zmrużył oczy spoglądając na mnie. Coś pamiętałam, ale wśród dziesiątek historii opowiadanych o trudnym dzieciństwie, podłych kobietach, z którymi się wiązał, nie wiedziałam już czy jakakolwiek z nich jest prawdziwa – Jakiś czas po Twoim zniknięciu poszedłem na terapię, właściwie to nasz menager mnie zmusił, że niby dla dobra zespołu i wizerunku, sama rozumiesz. Trwało to miesiącami. Wałkowanie całego dzieciństwa, opowiadanie o despotycznej matce, ojcu, którego tak naprawdę nie było... Szukanie źródeł moich zachowań, ranienia siebie i innych, szukanie rozwiązań – przerwał na chwilę – A potem poznałem Olgę. Wkrótce minie trzy lata... Za 7 miesięcy urodzi się nam dziecko – powiedział ściszając głos, choć wyraźnie słyszałam, że uśmiechnął się wypowiadając te słowa. Nie wiedzieć czemu serce podeszło mi do gardła. Nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa. Marcel chyba też - A Ty i ten... wędrowniczek, to coś poważnego? – zapytał po chwili wskazując na Jareda.
- Co? Zwariowałeś, to tylko chwilowa współpraca – roześmiałam się w głos, nie wiem czy bardziej z powodu tego co powiedział, czy bardziej z powodu Jareda, który robił już dziesiąte chyba kółko alejką, oglądając w międzyczasie płyty chodnikowe, chodząc stopa za stopą po krawężniku albo uważnie analizując kształty i kolory kwiatów na drzewie. Zaczynałam się poważnie obawiać, że jeszcze chwila i zacznie studiować zawartość śmietnika.
- Ja bym nie powiedział, że zwariowałem... I wiem co mówię – zabrzmiało to dosyć poważnie, chwilę się zamyśliłam przyglądając się Jaredowi, który spojrzał w moją stronę pytającym wzrokiem, na co ja się uśmiechnęłam ukradkiem pokazując kciuk lewej ręki na znak, że jest okey.
- Twój dziennikarz chyba już nie przyjdzie, może poczekaj na niego w hotelu, jakby coś to go tam pokieruję – krzyknęłam do niego puszczając mu oko, na co Leto skinął głową i ruszył do wejścia. Opuściłam nogi i mocno je wyciągnęłam – Wiesz Marcel... Zostawmy to wszystko, co było. Ty masz swoje życie, ja mam swoje, nie wchodźmy sobie w drogę.
- Myślisz, że jest szansa na to byśmy jeszcze kiedyś się spotkali i spokojnie porozmawiali? – zapytał.
- Raczej nie. Przyszło nam się spotkać w najwyraźniej złym czasie i złym miejscu. Nie da się wymazać tych wspomnień, które nas łączą, choć lepiej chyba byłoby powiedzieć, które nas podzieliły. I w moim przekonaniu to przekreśla szansę na zdrową znajomość – odpowiedziałam otrzepując spodnie.
- Rozumiem... – westchnął – To znaczy przykro mi mimo wszystko, bo są przecież też dobre rzeczy, które razem przeżyliśmy.
- Na pewno. I może przyjdzie taki dzień, że uda mi się wyłowić je z pamięci i na tle wszystkiego, co było kiedyś to one staną się bardziej wyraźne. Niestety nie jestem w stanie zagwarantować tego ani Tobie ani sobie – wzruszyłam ramionami i zacisnęłam usta.
- W każdym razie dziękuję, że znalazłaś dla mnie tę chwilę. Na pewno nie wyglądało to tak jakbym chciał, tylu rzeczy nie powiedziałem, ale doceniam, że w ogóle udało nam się porozmawiać – pokiwałam tylko głową nic nie odpowiadając. Czułam w sobie pewnego rodzaju rozluźnienie, może nawet ulgę, taką lekkość. Normalnie podejrzewałabym siebie o natłok myśli, bijatykę emocji, a w rzeczywistości moją głowę wypełniała pustka.
Pożegnaliśmy się i ruszyłam do hotelu. Szłam powoli, miałam wrażenie, że wręcz płynę. Moje stopy ciągnęły się jedna za drugą, jakby brodziły w błocie. Nie byłam w stanie nawet stwierdzić, która to już godzina bez snu. Weszłam do windy, wcisnęłam przycisk i zamykając oczy oparłam czoło o zimne lustro znajdujące się naprzeciwko drzwi.
- Proszę Pani, wszystko w porządku? – usłyszałam za sobą, gdy na którymś piętrze, jeszcze przed moim, winda się zatrzymała. Otworzyłam oczy i najpierw w odbiciu lustra ujrzałam ich niezwykle szare, zmęczone odbicie. Odwróciłam się z szerokim uśmiechem, wiedząc do kogo należy głos.
- Steve, Ty wariacie, myślałem, że to jakiś bezdomny albo zamaskowany psychofan! – wesoły śmiech Tomo zabrzmiał w kabinie i rozniósł się po całym korytarzu.
- Dzięki Milicevic, Ty też wyglądasz dziś niezwykle promiennie – cisnęłam go pięścią w ramię, najwyraźniej nie tylko ja z Jaredem zarwaliśmy noc.
- Jak prawdziwy Kopciuszek, niespodziewanie zwiewasz z imprezy, zrzucasz piękną kieckę i zamieniasz się w kocmołuszka – wytarmosił mnie za brodę.
- Jeszcze słowo i kocmołuszek zasunie Ci takiego kopa... – pokręciłam głową i pogroziłam mu palcem.
- Dobrze, już dobrze, nerwusie – pogładził mnie o ramieniu. Winda zatrzymała się na naszym piętrze – Ty też tutaj wysiadasz?
- Nie, tak sobie nacisnęłam, żeby pozwiedzać hotel – wyminęłam go i skręciłam, by jak najszybciej dotrzeć do pokoju. Czułam, że jeszcze chwila i zasnę, chyba że nie pozwoli mi ból, który stopniowo zaczynałam odczuwać w okolicach potylicy. Zatrzymałam się jednak i gdy stanął obok mnie, objęłam go ramieniem i dodałam – Przepraszam, jestem tak zmęczona, że za chwilę będziesz mnie zbierał z podłogi.
- W porządku, wszyscy chyba dzisiaj jesteśmy chodzącymi wrakami – odrzekł spokojnie.
Po chwili pożałowałam swoich słów, które niebezpiecznie stawały się prorocze. Sunęliśmy korytarzem, a ja zaczynałam mieć wrażenie, że tracę grunt pod nogami, a otaczające mnie korytarze zaczynają znikać za czarnymi plamami.
- Tomo złap mnie – wymamrotałam opierając się ramieniem o ścianę.
- Co?
- Złap mnie! – krzyknęłam, gdy moja dłoń w ostatniej chwili ścisnęła koszulkę Chorwata.

***
Standardowo ucięłam i standardowo mam mieszane uczucia – to chyba znak, że wracam do siebie ;) Było tyle wersji tego rozdziału, że sama się w tym pogubiłam, ale ku uciesze mojej i na pewno Waszej – wątek Marcela skróciłam do granic możliwości i możemy go uznać za zakończony. Mam nadzieje, że przebrniecie.

Pozdrawiam najwytrwalszych, należą Wam się medale ;)