ten million miles, her way was close, to her inside, can't you see her life is broken
turn back, believe, nothing is over

8 kwietnia 2011

Rozdział dwudziesty

Tło muzyczne wprowadzające w nieco bojowy nastrój ;)
TUTAJ

Wstałam dosyć wcześnie i długo leżałam na łóżku, co niestety pozwoliło mi na przypomnienie sobie i analizę usłyszanej dzień wcześniej rozmowy. Znowu poczułam złość. Sama nie wiedziałam jak powinnam się zachować, ale jednego byłam pewna – tak tego nie zostawię. Po szybkiej porannej toalecie, ubrałam się i wyskoczyłam z pokoju. Zostało kilka minut do śniadania. Zjechałam szybko na dół i podeszłam do recepcji.
Kobieta, z którą rozmawiałam poprzedniego wieczoru, nie kryła zakłopotania.
- Proszę mi wybaczyć tamtą sytuację... Są pewne procedury, my po prostu nie możemy udzielać informacji o gościach... Szczególnie takich... – tłumaczyła unikając mojego wzroku i poprawiając mankiety białej koszuli. Właściwie w ogóle mnie nie interesowało, co miała do powiedzenia.
- W porządku, rozumiem. Było minęło. Przychodzę w innej sprawie – powiedziałam spokojnie – Jaki jest koszt wynajęcia mojego pokoju?
- Pani pokój został już opłacony – próbowała się uśmiechać.
- Wiem. Chciałabym tu jednak jeszcze kiedyś wrócić – skłamałam - Ma Pani ulotkę z ofertą?
- Tak, tak... – zaczęła wystukiwać coś na klawiaturze i po chwili podała mi wydruk – Tu ma Pani opisane wszystkie...
- Dobrze, dziękuję. A najbliższy bankomat? – przerwałam jej w pół słowa.
- Jak Pani wyjdzie, to w prawo. Nie więcej jak pięćset metrów – wyjaśniła zdezorientowana.
Podziękowałam za pomoc i już chciałam kierować się do wyjścia, gdy wpadłam po drodze na Braxtona.
- Nie idziesz na śniadanie? – zdziwił się.
- Wiesz co... Muszę coś załatwić, może zdążę wrócić. Gdyby mi się nie udało, weź dla mnie proszę kawę – mówiłam przesuwając się tyłem do wyjścia.
- Wszystko w porządku?
- W porządku, niedługo wracam – pomachałam i wyszłam.
Na zewnątrz było dosyć chłodno, mimo słońca, które nieśmiało próbowało przebić się przez chmury. Przyda mi się takie orzeźwienie – pomyślałam układając w głowie plan, który wkrótce miałam zrealizować. Przemierzałam ulicę, szukając celu mojego spaceru. W końcu się udało. Gdy tylko wszystko załatwiłam, wróciłam do hotelu. Ekipa była już po śniadaniu i pakowała coś do samochodu. Zajrzałam do restauracji. Mimo sprzątniętego już stolika, zespół wciąż siedział i zajęty był rozmową.
- Mam Twoją kawę! I maślaną bułeczkę! – usłyszałam głos Baxtona i odwróciwszy się zobaczyłam jak razem z Timem siedzą na kanapie. Uśmiechnął się i podniósł to, co dla mnie wziął.
- Dziękuje, kochany jesteś. Zaraz do Ciebie przyjdę. Poczekaj, okey? – rzuciłam i po przekroczeniu progu restauracji podeszłam do stolika, przy którym siedzieli roześmiani Tomo, Jared i Shannon. Głęboki oddech, do dzieła Lauro!
- Już myśleliśmy, że nam uciekłaś. Czemu nie było Cię na śniadaniu? – odezwał się Tomo, nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć - Nie powiesz chyba, że Cię nie wpuścili? – wszyscy się roześmiali, czego nie odwzajemniłam.
- Cześć Shannon, nie mieliśmy wczoraj okazji by się przywitać – powiedziałam podając rękę perkusiście. W głowie już układałam swoją przemowę - Cieszę się, że widzę Was wszystkich w tak dobrych nastrojach - zaczęłam błądzić wzrokiem po stole. Czułam jak drżą mi ręce i że za chwilę będzie tylko gorzej. Zaczynała narastać we mnie złość, którą kumulowałam w sobie przez cały wieczór i poranek, i niestety w tym wypadku jedynym rozwiązaniem było przejście do ataku.
– Chciałam wczoraj z Tobą porozmawiać w celu ustalenia planu działania – skierowałam się do Jareda – Ale pech chciał, że przyszłam w momencie, w którym prowadziłeś niezwykle ciekawą rozmowę ze swoim bratem, który jak się przypadkiem dowiedziałam, jest moim wielkim fanem - braciom Leto momentalnie zrzedły miny, Tomo zmarszczył tylko brwi – Jak wiecie nie prosiłam się o to zlecenie. Kto mnie tu ściągnął i w to wszystko wpakował, nie muszę mówić. I w dupie mam czy mi zapłacicie czy nie, bo zgodziłam się z zupełnie innych powodów. Porównywanie mnie do dziwki, za którą trzeba płacić było poniżej poziomu. Chyba wiesz o czym mówię Shannon? – spojrzałam na niego, zdążył jedynie otworzyć usta, nie pozwoliłam mu na wydobycie z siebie najmniejszego dźwięku – Skoro mnie tu ściągacie to Waszym zasranym obowiązkiem jest zapewnić mi nocleg, wyżywienie i transport, ale w obliczu rozmowy, którą wczoraj usłyszałam, mam zamiar to wszystko zapewnić sobie sama. I nie oczekuję też od Was żadnego wynagrodzenia, chyba że macie inną umowę z moją redakcją. Tego nie wiem, bo przecież Jared lubi wydzwaniać do mojego naczelnego i za moimi plecami decydować z nim o mojej pracy. Tak czy inaczej, tu drogi Shannonie są pieniądze, które mam nadzieje wystarczą na pokrycie wszystkich kosztów związanych z moim przylotem do Finlandii i pobytem tutaj. Wiem, że bardzo Cie to uwierało. Możesz się nimi zająć – rzuciłam kopertę z pieniędzmi na stół – Powinno starczyć na wszystko. Jak zabranie, nie krępuj się, by przyjść do mnie po resztę. A jak zostanie, to możesz sobie za nie coś kupić – wszyscy spojrzeli na kopertę, a potem na mnie – Byłam wczoraj pod halą. Jak mi nie wierzycie, to zapytajcie tego ochroniarza, z którym kłóciłam się przez 15 minut i przed którym zrobiłam z siebie idiotkę, żeby tylko mnie wpuścił – mówiłam szybko i nerwowo, co spowodowało, że musiałam się ‘zatrzymać’ i wziąć kilka oddechów. To nie koniec moi kochani – pomyślałam i kontynuowałam.
- A teraz Ty – spojrzałam na Jareda – Przyjechałam tu do pracy, przypominam Ci jakbyś zapomniał. Jeśli ktokolwiek z tego powodu ma odczuwać przyjemność, to będę to przede wszystkim ja, na pewno nie Ty – wycelowałam w niego palcem. Od tej chwili proszę, aby Emma była osobą, która ustala ze mną grafik pracy i informuje o moich zadaniach. Teraz zostawiam Was samych, zastanówcie się raz jeszcze czy na pewno chcecie, abym z Wami współpracowała i szybko dajcie mi znać. Nie lubię tracić czasu. Szczególnie z ludźmi, którzy mnie nie szanują.
Odwróciłam się i szybko ruszyłam w stronę windy. Po drodze napotkałam zmieszanego Braxtona. W ostatniej chwili wbiegł za mną do windy. Oparłam głowę o ścianę i zamknęłam oczy. Teraz na pewno mnie stąd odeślą. Piękne rozwiązanie moich egzystencjalnych rozterek.
- Nic nawet nie mów... – westchnęłam otwierając oczy.
- Mogę? – zapytał, gdy doszliśmy do mojego pokoju.
- Chodź... – odpowiedziałam dosyć obojętnie.
Weszłam do pokoju, wyjęłam z walizki papierosy i wyszłam na balkon. Usiadłam opierając nogi o barierkę.
- Świetny początek, nie sądzisz? – zapaliłam papierosa i mocno się zaciągnęłam wypełniając swoje ciało dymem, po czym wypuściłam go w powietrze. Zdezorientowany Braxton milczał, na szybko opowiedziałam mu o zasłyszanej rozmowie – Może powinnam była ugryźć się w język, ale niestety, nie umiałam. Chcę by wszystko było jasne. A przy okazji nie pozwolę by traktowano mnie w ten sposób.
Braxton podał mi kawę i tylko się przyglądał. Po chwili rozległo się pukanie.
- Otworzysz? – zapytałam. Pobiegł do drzwi wracając z Tomo i Timem u boku.
- Palisz? – Milicevic zrobił zdziwione oczy – Chyba lubię Cię jeszcze bardziej – uśmiechnął się wyciągając z kieszeni swoją paczkę papierosów.
- To jesteś tutaj chyba jedyny... – westchnęłam podpierając podbródek nadgarstkiem.
- Ej, ej! – zbulwersował się Braxton.
- Dobrze, tuż po nim – uśmiechnęłam się na siłę. Tomo stanął naprzeciwko mnie opierając się o barierkę – Przegięłam? – spojrzałam na niego nieco się krzywiąc – Wybacz, ale jak się zdenerwuję, to raczej trudno mnie powstrzymać, muszę wszystko z siebie wyrzucić.
- Przedstawienie zasługujące na Oskara – starał się żartować – Chłopaki jeszcze tam siedzą i zbierają szczęki z podłogi. W słowach nie przebierałaś, ale ja do końca nie wiem o co chodziło, więc nie będę się wypowiadał.
- Oni też wczoraj nie przebierali w słowach – powiedziałam gasząc papierosa – Wiesz co Tomo, ja naprawdę nie oczekuję wiele... – zaczęłam, ale w progu pojawił się Jared z Shannonem - Mamy zebranie czy szabat czarownic? Będziecie mnie palić na stosie? – spojrzałam na nich.
- Chyba musimy coś wyjaśnić – pierwszy odezwał się Jared wchodząc na balkon i stając tuż obok Tomo.
- Chyba musimy. O ile się nie mylę, mamy spędzić ze sobą najbliższy miesiąc, a w takiej atmosferze to ja sobie tego nie wyobrażam. Gdzie jeden porównuje mnie do dziewczyny na godziny, a drugi planuje zaciągnąć mnie do łóżka – powiedziałam zaplatając ręce na klatce.
- Tych drugich znalazło by się w okolicy pewnie więcej – Tomo puścił mi oko.
- Nie pomagasz – popatrzyłam na niego zrezygnowana.
- Laura, to nie tak... – powiedział Jared pocierając czoło dłonią.
- A jak? Przesłyszałam się? Czy źle zrozumiałam? – uniosłam się.
- Nikt nie chciał Cię przecież obrazić... – kontynuował.
- Faktycznie, to był najwyższy poziom komplementowania. Jak mogłam tego nie zauważyć i nie docenić? To amerykański standard czy charakterystyczny tylko dla braci Leto?
- Dobra, my Was zostawimy samych i sobie porozmawiacie – Tomo klepnął w ramię Jareda i popchnął Braxtona do wyjścia.
- Nie – zatrzymałam go – Poczekajcie. Myślę, że dotyczy to Was wszystkich, więc zostańcie.
Odsunęłam fotel i usiadłam na murku dzielącym balkony, tak by widzieć ich wszystkich.
– Posłuchajcie. Ja rozumiem, że dla Was to może być niekomfortowa sytuacja, że tu jestem. Nie znacie mnie, Jared wpadł na szalony pomysł zaproszenia mnie tu i nie wiem na ile mieliście na to wpływ, a na ile postawił Was przed faktem dokonanym, co jak już zdążyłam zauważyć, bardzo lubi robić. Rozumiem, że jest to nowa, trochę dziwna sytuacja, nie znacie mnie i nie wiedzie czego się po mnie spodziewać. Co nie znaczy, że uprawnia Was to do obrażania mnie! – spojrzałam znacząco na Shannona, który już chciał coś powiedzieć – Nie przerywać mi, bo stracę wątek! Mnie też nie jest łatwo. Jestem tu od dwunastu godzin i już zdążyłam się z Wami pokłócić. Doskonale się znacie, jesteście zgraną drużyną, a ja jestem tu zupełnie sama. Ja też Was nie znam, też nie wiem czego się po Was spodziewać. Choć co do niektórych już się dowiedziałam – tym razem wlepiłam wzrok w Jareda – I jakoś mało pozytywnie się zapowiada. Słuchajcie, ja nie oczekuję wiele. Wiem, że jestem od Was kilkanaście lat młodsza, ale wiedzieliście o tym wcześniej, więc traktujcie mnie poważnie, jak chcecie ze mną pracować. Inaczej moja obecność tutaj nie będzie miała sensu.
Cała piątka stała i wpatrywała się we mnie.
- Skończyłam! – klasnęłam w dłonie – Można się odzywać – lekko się uśmiechnęłam.
- Dla mnie wszystko jest jasne i ze wszystkim się zgadzam. Steve, jesteś równy gość i wiem to od początku – klepnęłam się w czoło na słowa Milicevica i pokręciłam głową.
- Nie przestaniesz mnie tak nazywać, prawda?
- Nie, bo to jest strasznie zabawne! – głośno się roześmiał, po czym udawał poważnego – No chyba, że zrobisz mi za to taki wykład, jak przed chwilą i jak na śniadaniu, to postaram się kontrolować. Nie zrobisz, prawda? Nie zrobisz! Okey, ja spadam, teraz na Was kolej! – klepnął chłopaków i wyszedł.
- Ja w ogóle nie wiem o co chodzi, ledwo Cię poznałem, do nikogo nic nie mam – Tim wzruszył ramionami po czym dogonił wychodzącego Milicevica.
- To ja też idę, nic tu po mnie. Ty wiesz jak jest, Cukiereczku – Braxton się uśmiechnął, po czym podszedł i potargał mi włosy.
- Spadaj już Olita – walnęłam go w bok.
Zostałam sama z Jaredem i Shannonem.
- Cukiereczku? – Jared zmierzył mnie wzrokiem – Szykuje nam się romans?
- Tak. Romans, szybki ślub i dziecko. Właśnie zostałeś mianowany na świadka! Mam nadzieje, że zabrałeś w trasę garnitur! - powiedziałam od niechcenia - No, to który pierwszy wyjmie strzelbę i we mnie wyceluje? – popatrzyłam na nich, ale obaj milczeli – Dopuściłam się przecież haniebnego czynu postawienia się braciom Leto. Sama mam wyciągnąć i sobie strzelić w łeb?
Jared zaczął trącać łokciem Shannona.
- Jezu, jak dzieci... Może rzucicie kostką? – przewróciłam oczami - Jared?
- Nie gniewaj się, nikt nie chciał Cię urazić. Usłyszałaś rozmowę, która tak naprawdę nic nie znaczyła – zaczął spokojnie wyjaśniać – Takie męskie gadanie. Takie żarty, wiesz – motał się i gestykulował.
- Ha ha? – skrzywiłam się – Czy wyglądam jakby mnie to bawiło?
Jared zrobił tylko głupią minę, po czym dodał:
- Nie bierz tego do siebie. Jeśli Cię to uraziło to przepraszam – spojrzał mi w oczy - Z mojej strony to tyle, mam jeszcze coś do zrobienia, więc idę, pogadajcie sobie. Wpadnę do Ciebie jeszcze później – powiedział.
- Wpadnij wpadnij, a nóż będę chętna na szybki numerek! W końcu od tego tu jestem! – krzyknęłam do niego wychylając głowę, na co on tylko popukał się palcem w czoło i wyszedł.
Popatrzyłam na Shannona czekając, aż wydobędzie z siebie głos.
- Słuchaj, nie mam zamiaru się przed Tobą tłumaczyć...
- Dosyć ciekawy początek jak na przeprosiny – przerwałam mu - Chyba nie mamy o czym rozmawiać w takim razie.
- Poczekaj. Okey, za to porównanie przepraszam – zaczął – Trochę niefortunne. Chodzi o to, że pojawiasz się znikąd, z dnia na dzień rzucasz swoje życie w Polsce i wyruszasz z nami w trasę. Dla mnie to nie jest normalne. Zrozum, kobieta obok Jareda oznacza kłopoty. Dlatego od początku byłem przeciwny Twojej obecności tutaj. Jesteśmy w trasie i na niej się skupiamy.
- To może po pierwsze porozmawiaj o tym ze swoim bratem, skoro ma problem. A po drugie też mam zamiar się skupić na trasie.
- Wiesz, chodzi o to, że wszystkie panny w towarzystwie Jareda wariują...
- Ja zwariowałam długo przed tym, zanim go poznałam i nie on był tego powodem, więc się tego nie obawiaj – zrobił niepewną minę, ale nie miałam już ochoty tego wyjaśniać – Nieważne. Czy możemy uznać, że jest zgoda, zaczynamy od nowa, nie wiem czysta karta i te sprawy? Ja zapominam o wczorajszym, Ty nabierasz dystansu.
- Zobaczymy co da się zrobić. Nie myśl jednak, że od razu rzucę Ci się w ramiona. Nie jestem Braxtonem.
- Słuchaj, nie oczekuję tego. Ani od Ciebie, ani od nikogo innego. Nie jestem tu po to, by z kimkolwiek się spoufalać, choć osobiście uważam, że relacje osób mających ze sobą przebywać 24 godziny na dobę, powinny być przynajmniej poprawne. Możesz mnie nie lubić, możesz ze mną nie rozmawiać, naprawdę, nie zależy mi na niczyim uwielbieniu. Szanuj mnie, moją pracę i nie przeszkadzaj mi w niej. Obojgu nam zależy, by wyszło z tego coś dobrego, a do tego potrzebna jest obustronna współpraca, tak?
- Co do tego się zgadzam – uśmiechnął się.
- Dobrze, że przynajmniej w tym jesteśmy jednomyślni... – westchnęłam.
- Słuchaj, mój brat bywa czasem nieprzewidywalny w swoich decyzjach. I dowodem tej nieprzewidywalności jest to, że Ty tu jesteś. Ja potrzebuję czasu, żeby Cię poznać. Póki co jesteś dla mnie obcą osobą. Nie zaufam Ci i nie polubię Cię tak z marszu. Masz jednak rację, mamy wspólny cel i tylko na tym się skoncentrujmy. Wiesz chyba co mam na myśli? – powiedział podkreślając słowa tylko na tym. Spojrzałam na niego pytająco czekając na wyjaśnienie.
- Chciałbym, aby Jared też mógł się w pełni koncertować na trasie, więc postaraj się mu w tym nie przeszkadzać.
- Nie martw się, nie mam zamiaru wskakiwać na scenę i wyrywać mu mikrofonu – roześmiałam się, po czym dodałam poważniej – Wiem o czym mówisz i choć ta prośba znowu pokazuje jakie masz o mnie zdanie, to mogę Cię zapewnić, że mnie również zależy na tym, by nic nie zakłóciło normalnego rytmu Waszej i mojej pracy – przez chwilę mi się przyglądał, po czym uśmiechnął się i miałam wrażenie, że mi uwierzył – A teraz wypad z mojego pokoju, zaserwowaliście mi powitanie pełne wrażeń.
- Ej, ej, licz się ze słowami mała – pogroził mi palcem uśmiechając się przy tym.
- I kto to mówi?
Weszliśmy do pokoju, w którym od razu padłam na łóżko w pozycji rozjechanej wiewiórki.
- Laura... – zatrzymał się i usiadł obok, podniosłam głowę – A te pieniądze?
- Obrabowałam bank. I kilka staruszek – zrobił wielkie oczy – Chryste, żartuje. Wy Leto jesteście zaskakująco niedomyślni – Nie chcę ich, zatrzymaj je. Tylko nie przepij, nie przepal i nie wydaj na kobiety – uśmiechnęłam się i znowu zatopiłam twarz w poduszce.
- Coś wymyślę, do zobaczenia później!
- Ehe... - wymamrotałam
- To znowu ja! – usłyszałam głos Jareda, nie miałam siły podnosić głowy – Co robisz? – walnął się obok mnie, aż podskoczyłam.
- Tańczę krakowiaczka... Hopaaaa... – flegmatycznie zgięłam nogę w kolanie - Leżę?
- Wszystko już dobrze? – podparł się łokciem, co dostrzegłam leniwie otwierając na chwilę jedno oko.
- Ostatnią rzeczą, na jaką tutaj mam ochotę to kłótnie. Powiedzmy, że jest okey. Zapominamy o wczorajszym i zaczynamy od nowa. Może tym razem wyjdzie to trochę lepiej. Chociaż czuję, że Twój brat raczej nie zapała do mnie sympatią.
- Wiesz on jest dosyć nieufny wobec kobiet, które się obok mnie kręcą...
- Eee, słucham? – otworzyłam oczy i podparłam głowę ręką – Możesz mi powiedzieć, w którym momencie zaczęłam się obok Ciebie kręcić, bo chyba mi to umknęło? – popatrzyłam na niego jak na głupka.
- Wiesz, może właśnie powinnaś zacząć. Ja naprawdę mógłbym dzielić ten pokój z Tobą, gdyby trzeba było – roześmiał się.
- Nie wkurzaj mnie. I złaź z mojego łóżka.
- Czyli z numerka nici? – stanął i udawał zawiedzionego.
Podniosłam tylko rękę i wycelowałam w niego imitując strzelanie z pistoletu.
– Eh, ciężkie jest życie mężczyzny... – westchnął.
- Takiego zboczeńca jak Ty to na pewno – opadłam znowu na łóżko.
- Dobra, dobra, idę. Widzimy się za 2 godziny przy recepcji.

Zapowiada się naprawdę ciekawie
– pomyślałam mając w pamięci słowa starszego Leto.
Ustawiłam budzik i postanowiłam do wylotu nie robić już nic. Czułam, że nerwowa atmosfera powoli się uspokaja i miałam nadzieje, że to był tylko dobrego zły początek.
Jak się okazało parę godzin później, w Finlandii sprawy po prostu lubią toczyć się inaczej, niż to sobie planujemy.

***

O i taki oto rozdział powstał. Nie czuję się z nim najlepiej, ale pozostawiam go ocenie tym, którzy przez niego przebrną.

Wiecie, że dzisiaj mija 4 tydzień istnienia tego bloga?
Nie wiem czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale przez ten czas zostawiliście prawie 400 komentarzy i zaglądaliście tu ponad 10300 razy – osobiście totalnie tego nie ogarniam ;D

Tak czy inaczej dzięki Wam za to PRZEOGROMNE! ;*

PS Mam nadzieje, że wicherek za oknem nie wywieje Was za bardzo i jeszcze tu wrócicie ;) Miłego weekendu!